To już koniec podróży.. no, nie do końca!

Hej!

Dzisiaj przynoszę nieco smutną nowinę. Obserwatorka.crazylife.pl oficjalnie kończy swoje istnienie. Przenoszę się na bloggera, tak już całkowicie. Główny powód – brak sił na prowadzenie dwóch osobnych blogów. Wszystkie wpisy będą się pojawiać od dziś na: 
http://swiatobserwatorki.blogspot.com/

Dziękuję wszystkim czytelniczkom za spędzony na moim blogu czas i serdecznie zapraszam do podążenia za mną na nowy blog, to nie tak że znikam na zawsze ;)

Serdecznie pozdrawiam i do usłyszenia u nowej, ulepszonej Obserwatorki ;)

Praktyki – moje doświadczenie

Hej.

Dziś mamy już niedzielę, a w piątek odbyłam swoją ostatnią lekcję na moich praktykach. Nie powiem, że całe doświadczenie było łatwe czy super przyjemne przez cały czas, ale jednak w piątek zrobiło mi się trochę smutno, że to koniec. A jeśli to nie oznaka tego, że nadaję się do tego zawodu to ja już nie wiem.

Jeszcze podczas pobytu w Anglii rozmawiałam z ciocią o moim ewentualnym przeniesieniu się tam za rok. Doszłyśmy jednak do wniosku, że nie po to robię 3 lata studiów dających konkretny zawód, żeby potem to wszystko zostawić za sobą. Generalnie doszłyśmy więc do wniosku, że moje praktyki dadzą mi najlepszy obraz tego, co chcę zrobić po studiach. No i chyba dały, choć też nie do końca.

Pomówmy jednak o praktykach, a do planów na przyszłość wrócę na końcu. Samo doświadczenie uczenia w szkole przez dwa tygodnie w trybie ciągłym trochę mnie przerażało. Generalnym zadaniem było poprowadzenie w przeciągu tych dwóch tygodniu 15 lekcji oraz zrobienie 15 obserwacji. Jak dla mnie, to na prawdę bardzo dużo. W poniedziałek i wtorek pierwszego tygodnia wzięłam tylko po 1 lekcji do uczenia, a że plan był by zrobić 8 lekcji w pierwszym tygodniu – zostało mi 6 lekcji do podziału na 3 dni, co w rezultacie dało mi do poprowadzenia 3 lekcje w czwartek. To był moment przełomowy. Wtedy właśnie poczułam się jakbym była wykrojona do tego zawodu. Między lekcjami tylko zmiana podręcznika i do pracy, nie ma czasu na zamartwianie się czy coś. To mi się spodobało. A potem poszło już z górki. Oczywiście, miałam swoje wzloty i upadki, ale lekcje poprowadziłam bez żadnych przeszkód i dostałam taką ocenę od swojego nauczyciela, że z podziwu nadal wyjść nie mogę. Nie wiem na ile szczera jest, wiem że on mnie zawsze lubił, ale mam nadzieję, że chociaż 90% tego to prawda. Jeśli chodzi o uczniów, byli tacy co mnie irytowali, ale w większości klasy były bardzo spokojne i cudowne, ależ mi się trafiło. Może to w dzisiejszych czasach rzadkość, ale na prawdę, takie klasy mogę uczyć do końca życia. Jedyne co mi teraz pozostało to wypełnić wszystkie papiery (a jest tego sporo) i zdać swoją teczkę w kolegium, a potem liczyć na dobrą ocenę. Dodam tylko że oblanie praktyk równa się z oblaniem drugiego roku – no pressure. Ale oblać na pewno mnie nie obleją, bo wszystko odbyłam i wszystko poszło gładko, nie było problemów.

A co do planów na przyszłość – wcześniej myślałam tylko o wyjeździe do Anglii, poważnie. Teraz jednak w mojej głowie na prawdę realne wydaje się zostanie tutaj (tyle, że nie w rodzinnym mieście, a we Wrocławiu), wynajęcie mieszkania, kontynuacja studiów zaocznie i praca. Nie wiem jak sobie poradzę ze studiami i pracą, bo jestem generalnie leniwą osobą i już na samych studiach nie wyrabiam z nauką, ale kiedy przygotowywanie lekcji wejdzie mi w krew tak bardzo, że będzie zajmować mniej niż 2 godziny (generalnie, nie 2 godziny na jedną lekcję), to jestem pewna, że będę w stanie wszystko pogodzić. Jak się moje życie potoczy okaże się za rok. Jak na razie jestem jeszcze bardziej rozdarta niż przed wyjazdem, ale tym razem się z tego cieszę :)

Jeśli ktoś z Was życzył mi powodzenia, teraz mogę z czystym sercem podziękować za wsparcie. Mogę też w końcu poświęcić trochę czasu blogowi i jeśli wszystko pójdzie z planem, oczekujcie ciekawych (mam nadzieję) zmian. Może trochę Was rozczarują, ale po większości powinny zadowolić ;)

Pozdrawiam wszystkich serdecznie i do usłyszenia! ;)

Tydzień za mną, tydzień przede mną

Hej!

Znalazłam chwilę między przygotowywaniem lekcji i postanowiłam podzielić się nieco tym, czego nauczył mnie miniony tydzień.

Jak wiecie, odbywam sobie praktyki w liceum. Początkowo byłam całkowicie zestresowana nie tylko tym, jak przekażę wiedzę czy jak wyłapię błędy, ale przede wszystkim tym jak odbiorą mnie uczniowie oraz jaki wpływ będę na nich miała. Okazało się, że nie jest tak źle. Klasy, które mi się trafiły są cudowne, posłuszne i generalnie mogę o nich mówić w superlatywach. Jedynie jedna klasa działa mi na nerwy, ponieważ nie potrafię zmusić ich do mówienia na forum, ale to nic nowego, bo oni tacy już po prostu są. Mam też swoją ulubioną klasę, z którą najwięcej pracuję i do których idę z radością. Jeśli chodzi o nauczanie generalnie, z dnia na dzień czuję się coraz lepiej i coraz pewniej, już nie trzęsę się tak o brak czasu itd. Dzisiaj nawet potrafiłam dostosować się do panujących warunków i zmieniłam nieco tok lekcji, którą przygotowałam. Wszystko poszło ok. Cieszy mnie też fakt, że uczniowie (zwłaszcza Ci, których od początku lubiłam) zwracają się do mnie „Proszę Pani” i mówią mi „Dzień dobry”. Niby to takie drobnostki i w sumie powinni to robić, ale to mimo to cieszy. Nawet jeśli wyglądam jakbym była w ich wieku, nie odnoszą się do mnie jakoś opryskliwie czy lekceważąco i to mi się podoba. Generalnie jest pozytywnie, ale praca papierkowa stoi w miejscu, cała dokumentacja moich praktyk, więc będę musiała to jutro trochę nadrobić.

Dzisiaj miałam troszkę czasu wolnego, bo jak już powiedziałam, idzie mi coraz łatwiej i coraz mniej czasu spędzam na planowaniu lekcji. Mogłam wykorzystać ten czas na pracy, ale się nie dało. Najpierw poczułam nagły przypływ ochoty na zakupy, więc wyskoczyłam do Reserved po ten żakiet: link. Trafiłam też w Sinsay na promocję 2 pary spodni za 59,99. Jeansy z elastyczną gumką zamiast zamka i guzika, tego mi było potrzeba. Najzwyklejsze rurki. Kupiłam parę dla siebie i parę dla siostry, nie wiem czy nie zrobię jeszcze takiej umowy z drugą siostrą. Jeansów jak dla mnie nigdy za wiele, zwłaszcza w tej cenie.

Po zakupach nastąpił przełom dnia, z którego do tej pory się nie otrząsnęłam: 13 lutego 2015, na Torwarze w Warszawie zagra nie kto inny jak ED SHEERAN! Dopiero co rozmawiałyśmy z koleżanką, że jak tylko zagra w Polsce to jedziemy i nic nam nie przeszkodzi, a tu dziś takie wiadomości. Nie możemy wytrzymać ze szczęścia, już wszystko planujemy, a nawet nie znamy cen biletów! :D Nie mniej jednak jedziemy i nie mogę usiedzieć z radości. 

Potem przyszła kolejna cudowna informacja dnia – pierwszy poważny zwiastun do Kosogłosa! Dla zainteresowanych link tutaj, ja już chcę listopad! Igrzyska śmierci to jedne z najlepszych książek jakie w życiu czytałam i myśl o tym filmie już mnie pozytywnie nastraja. Generalnie, super dzień dziś.

Nie  wiem jak ja wytrzymam do tego lutego, do koncertu.. Ja chcę już! Niemniej sama wiadomość o tym poprawia mi nastrój i mam nadzieję że ta pozytywna energia pozostanie we mnie na długo. Dla czytelniczek BeautyBay taka informacja, w weekend nie zrobiłam żadnych zdjęć (niedobra ja), także chwilowo przestój w postach. Postaram się niebawem coś wrzucić, jutro mam wolną chwilę, więc jeśli będę sama w domu to nadrobię stracony czas. Nie chcę jeszcze za wiele zapeszać, ale być może znalazłam sposób, powolny ale jednak, na pozbycie się moich skórnych problemów! :)

Na dziś to już wszystko, dziękuję za czytanie i odwiedziny. Pozdrawiam serdecznie, zapraszam do komentowania i do następnego razu! :)

Praktykanckie życie

Dziś taki szybki update, bo oczywiście kiedy mam nic na blogu nie pisać i zająć się pracą, to jedyne o czym myślę to posty na bloga! :P Ale to chyba dobrze, nie? :) W sensie, dobrze dla bloga, nie dobrze dla pracy.

W każdym razie, chciałam Wam pokazać jak to się ma moje życie teraz i nie ukrywam, jest ciężko. Lekcje zaczynają się o 8:00, a że mam do szkoły 10 minut piechotą, to wstaję o 6 (ehh, te czasy kiedy nie nosiło się makijażu i nie jadło śniadań i wstawanie o 7 wystarczało). Jestem bardzo powolnym zjadaczem, dlatego muszę wstawać wcześniej tak w ogóle, mój makijaż zajmuje co najwyżej 20 minut :) A po praktykach? Układanie lekcji na następny dzień. Tak wygląda teraz moja podłoga:

Staram się, mimo praktyk, nie odcinać jednak całkowicie od rozrywek mojego kalibru, to  znaczy seriali, youtube czy muzyki. Po prostu się ograniczam. Blogi też staram się czytać ile wlezie, w końcu kiedyś będę pracować i robić dużo więcej niż teraz na praktykach, więc trzeba uczyć się sobie radzić, bo nie wyobrażam sobie życia bez żadnych rozrywek :)

To by było na tyle. Zostawcie coś po sobie, bo smutno tutaj :)

Pozdrawiam! :)

Sobota z Obserwatorką

Hej!

Miałam pozostawić poprzedni wpis jako ostatni przed chwilową przerwą, bo nie mam czasu na pisanie długich, zaplanowanych postów, ale taki piękny dziś dzień mieliśmy, że nie mogłam się oprzeć spontanicznemu postowi.

Podczas gdy powinnam pracować nad lekcją poniedziałkową (moja pierwsza prowadzona podczas tych praktyk), postanowiłam wyjść nieco na balkon i złapać prawdopodobnie ostatnie promienie w tym roku. Mam dla Was zdjęcia nowego mieszkańca naszego balkonu oraz mojego popołudnia przed komputerem – czyli jak spędzam na prawdę czas. Robiłam też dziś manicure, więc dodaję zdjęcia (na paznokciach Revlon Perfumarie Nail Polish in Ginger Melon)

manicure

motylek

jabłka, Zoella i masa pracy schodzi na drugi plan :)

Dajcie znać jeśli podobają Wam się takie wpisy na gorąco, może czasem mnie natchnie do pisania więcej :)

Pozdrawiam i do usłyszenia :)

Praktyki, czyli z życia przyszłego nauczyciela :)

Nadchodzi ten czas w życiu studenta kiedy trzeba odbyć praktyki. Zależnie od uczelni/kierunku różnie się to odbywa, a w moim przypadku jak już wiecie są to praktyki w szkole – konkretniej w liceum. Przez cały 2 rok prowadziliśmy lekcje w liceach, jednak były to dla indywidualnej osoby 2 lekcje w ciągu semestru. Teraz muszę odbyć tak zwane praktyki blokowe – następne dwa tygodnie spędzę w szkole i dam łącznie 15 lekcji. Dla mnie to jak skok na głęboką wodę. Stresuję się niezmiernie. Już od środy przychodzę na zajęcia by conieco podpatrzeć, jednak takich obserwacji nigdy nie jest wystarczająco, nie na wszystko da się przygotować. Trzymajcie więc za mnie kciuki, bo przyszłe dwa tygodnie to będzie istny kosmos. Plusem jest, że kiedy już przeżyję te tortury, potem będzie z górki – w końcu taki kierunek wybrałam. Czeka na mnie masa przygotowywania się, masa papierkowej roboty a przy tym może i masa życiowych lekcji i sprawdzian mojej psychiki. Mam nadzieję, że po tym doświadczeniu wyjdę jedynie silniejsza i już nie będziecie musieli czytać moich stękań o tym jak to nie potrafię rozmawiać z ludźmi itd ;)

Chciałam tylko uprzedzić, że wpisy na blogu mogą chwilowo się nie pojawiać, właśnie ze względu na praktyki. Napisałam dwa/trzy posty na BeautyBay, które wyjdą w przeciągu tych dwóch tygodni i na razie to chyba na tyle, choć może jeszcze coś mi się uda naskrobać. Jestem typem planującym, więc muszę mieć wszystko na ostatni guzik a cóż, praktyki to teraz priorytet.
Do usłyszenia więc i pozdrawiam :)

Raport powakacyjny – moja Kornwalia

Hej!

Wracając z wypoczynku w Anglii pomyślałam, że muszę się z Wami troszeczkę podzielić całym tym doświadczeniem.

Tegoroczny wyjazd był moją drugą wizytą w Anglii, a dokładniej ujmując Kornwalii, czyli zachodniej części wysp. Wyjechałam do rodziny, która tam mieszka, by troszeczkę odpocząć a jednocześnie doświadczyć życia za granicą. Nie powiem, że jestem w 100% zadowolona z tego jak te wakacje się potoczyły, ale źle nie było. Moim głównym problemem tam był mój charakter. Normalna osoba starałaby się nawiązać jakiś kontakt z miejscowymi ludźmi i właśnie „doświadczyć” ich kultury na własnej skórze, ale ja po prostu nie mogłam się do tego przełamać. W rezultacie więc moje kontakty ograniczały się do kontaktów z ludźmi w sklepie, na poczcie czy stacji kolejowej. Kolejnym minusem było uczucie presji. Wiem, że mam już 22 lata i powinnam być trochę mniej „dzika” (tutaj w sensie zamknięta przed światem), ale nie jestem. Czułam z tego powodu presję, bo ciotka u której zostawałam dość często dawała mi wykłady na temat tego jak to powinnam się otworzyć. Wierzę jej, że kiedyś też była bardziej nieśmiała i że udało jej się z tym skończyć, ale nie każdemu przychodzi to tak łatwo. Ja już widzę, że jest ze mną lepiej, ale po prostu daję sobie trochę więcej czasu i tyle.

Przejdźmy może do plusów, żeby nie tworzyć kolejnego ciężkiego wpisu. Po pierwsze sklepy. Miejsce, w którym byłam nie jest jakimś wielkim miastem, na Kornwalii takowych w ogóle mało, niemniej jednak mogłam dać upust swojemu zakupoholizmowi. Nie chcę Was tu zanudzać tym, co kupiłam, moje kosmetykowe zakupy możecie obejrzeć TU, natomiast ubraniowe (których w tym roku niewiele) pojawią się tu w przyszłym wpisie. Kornwalia obfituje w małe sklepiki, w których można znaleźć bardzo fajne rzeczy. Jeśli ktoś jest fanem drobnych gadżecików, którymi można wypełnić wnętrze, to sklepiki takie są istnym rajem. Ja już wiem, że gdybym miała tam zamieszkać i urządzić swoje własne mieszkanko, chybabym zwariowała od nadmiaru wyboru.

Nie zapominajmy o widoczkach. Kornwalia to ta wypoczynkowa część Anglii, z plażami, klifami i pięknymi widokami. Pokażę Wam kilka moich zdjęć, ale nawet w połowie nie oddają one tego, co widziałam. Dołączam też link do filmiku na YT promującego Kornwalię: (link). Jest niesamowita.

Generalne wrażenia z wakacji są takie, że wypoczęłam, miałam mnóstwo czasu na przemyślenie swojego działania no i obmyślenie dalszego planu na życie. Jeszcze do wszystkiego nie doszłam, ale potrzebny mi był taki czas dla siebie. Teraz mogę wkroczyć w ostatni rok studiów z nadzieją, że to co siedzi w mojej głowie wreszcie uda się zrealizować.

Myślę, że to na tyle. Niestety, może nie dla każdego brzmi to jak wesoły, wakacyjny post, ale cieszę się, że mogę się z Wami podzielić czymkolwiek na ten temat – to tak na prawdę drugie prawdziwe wakacje w moim życiu.

A Wy gdzieś wyjeżdżaliście? Dzielcie się swoimi historiami w komentarzach.

Czekam na odpowiedzi i do usłyszenia wkrótce :)

Powrót

Hej!

Przepraszam za tak długą przerwę, ale byłam na wakacjach i choć miałam zamiar pisać, podczas pobytu się rozmyśliłam. Po prostu nie czułam się na siłach by dzielić się wszystkim co się dzieje, nie czułam też zbytniej inspiracji. Dzięki przerwie odzyskałam jednak swoje twórcze soki i jestem gotowa by wrócić online ;) Mam nadzieję, że uda mi się stworzyć kilka ciekawych postów, coś dla każdego :)

Jako smutną notę muszę jednak przyznać, że obiecałam pewnej czytelniczce opowiadanie. Przepraszam, ale opowiadanie nie powstało. Miałam pewien pomysł, ale potem zajęłam się pakowaniem i jakoś tak pomysł uciekł. Z resztą, znasz historię i wiesz, że było do tego więcej niż tylko pakowanie. Miałam pisać w Anglii, ale też nie wyszło, nie miałam weny. Także na opowiadanie chyba będziesz musiała poczekać. Może coś kiedyś ;)

Pozdrawiam i dziękuję wszystkim cierpliwym, którzy jeszcze tu zajrzą pomimo przerwy :)

Do usłyszenia niebawem :)

Pyszne i szybkie śniadanko – jogurt z owocami

Hej!

Chciałam się z Wami podzielić przepisem na szybkie i smaczne śniadanko (lub też kolację), które ostatnio rządzi moim jadłospisem. Widziałam wiele kombinacji w internecie, zdecydowanie nie jest to przepis autorski, niemniej jednak kiedyś po prostu naszła mnie ochota na owoce w jogurcie i tak to się u mnie zaczęło.

Krok 1: Przygotuj wszystkie składniki i narzędzia. Potrzebne będą: Deska do krojenia, nóż, miska oraz składniki: jogurt naturalny (lub inny jogurt, ja tu użyłam jogurtu typu greckiego), banan, nektaryny i płatki migdałów. Oczywiście owoce można dowolnie wymieniać, nie muszą to być banany czy nektaryny, ja akurat to miałam pod ręką (zazwyczaj robię kombinację banan-jabłko). Nie omijałabym jednak banana ze względu na to, że jest dość pożywny, a ja lubię w ten sposób zaczynać dzień.

Krok 2: Owoce, których nie obierasz, umyj a następnie pokrój. Banany kroję w plasterki, a nektarynę w plasterki i każdy na pół.

Krok 3: Wsyp na dno miseczki płatki migdałów, oraz połowę pokrojonego banana i nektaryny (ja użyłam dwóch, więc na spód wrzuciłam jedną, a potem drugą). Zalej jogurtem i wymieszaj. Następnie powtórz czynność. Ja lubię robić to warstwami, gdyż łatwiej wszystko wymieszać. Posyp migdałami po wierzchu i smacznego! Śniadanko gotowe. Oczywiście można dosypać mussli, orzechów czy czego tam dusza zapragnie, ja lubię stawiać na prostotę (+ nie mogę jeść mussli).

Krok 4: Delektuj się! Ja przygotowałam sobie taką miseczkę dobroci na kolację, więc spożyłam ją popijając sokiem grapefruitowym podczas seansu z Supernatural (moja nowa serialowa miłość).

Przygotowanie: ok 5 minut

Smacznego!

Przemyślenia i zmiana nastawienia.

Hej!

Dzisiaj tak na bieżąco trochę, o życiu, bo dawno nic nie pisałam i jakoś mnie natchnęło.

Przede wszystkim, wyjeżdżam do Anglii! Moje plany troszeczkę się przesunęły, bo w sumie to miałam jechać na całe wakacje, ale niestety się nie udało. Mimo to, wreszcie zabukowałam bilety. Wylot – 30 lipca, powrót – 27 sierpnia, tak więc wciąż mam miesiąc na zapoznawanie się z moją przyszłą ojczyzną (?) i obcowanie z językiem. Strasznie się cieszę. Nie wiem dlaczego, ale mam jakieś dobre przeczucia, choć za razem obawy – wydaje mi się, że ten wyjazd może mnie zmienić. Co prawda myślałam o tym podobnie w tamtym roku i ledwie co z tej okazji skorzystałam, mieszkałam z Polakami, więc kontakt z Anglikami nie był rozległy, ale tym razem chcę, żeby było inaczej. Ostatnio wiele się działo, nieprzyjemne dla mnie rzeczy, i chciałabym się od tego oderwać. Problem w tym, że nie potrafię, bo mam różnego rodzaju opory w kontaktach z ludźmi. Doszło nawet do tego, że przez internet nie potrafię rozmawiać z obcymi mi osobami (a może po prostu ta osoba mnie odstraszyła, ja nie wiem…). W każdym razie, bo gubię wątek, niebawem wyjeżdżam i choć prawdopodobnie początkowo nie będę miała internetu, postaram się coś pisać. Jeśli nie uda się, po powrocie wstawię coś w stylu notatek z pamiętnika, gdzie po prostu będziecie mogli poczytać o tym, co robiłam :)

Drugą sprawą, o której dzisiaj chciałam napisać są marzenia. Dokładniej – zderzenie marzeń z rzeczywistością. Nie wiem, czy kiedyś już tu o tym wspominałam, ale moim największym marzeniem jest pojechać do Australii, być może nawet tam zamieszkać. Nie wiem skąd mi się to wzięło, pamiętam jedynie, że zakochałam się w Australii oglądając tenis (Australian Open) oraz serial H2O (byłam dość młoda :)). Rok w rok moja miłość do Australii się powiększa, choć zaczynam też patrzeć na to bardziej realnie – czy będzie mnie stać, by tam pojechać? Jak niby chciałabym tam zamieszkać, nie znając nikogo (wiem, że to możliwe, ale ja po prostu potrzebuję pomocy na start) itd. Nigdy jednak nie przemyślałam sprawy klimatycznej. Jestem ciepłolubem, poważnie. Nigdy nie przeszkadza mi, gdy jest troszeczkę za gorąco, dlatego Australia poważnie mnie ciągła, bo wiecie, tam jest gorąco. Dziś jednak, przy kolejnym upalnym dniu tego lata zdałam sobie sprawę, że ciepło i upał to dwie różne rzeczy. Mogę siedzieć w pokoju przy temperaturze 30 stopni, ale gdy na zewnątrz jest upał, nie daję rady. Myślę, że ma to związek z bezpośrednim kontaktem ze słońcem, mój mózg się po prostu przegrzewa. Wiem, wiem, powinno się nosić czapkę, unikać słońca w godzinach szczytu itd. Problem w tym, że musiałabym unikać słońca od godziny 9:00 do 18:00, bo dla mnie każde mocniejsze promienie oznaczają ból głowy. Nie zawsze, ale jednak. Wracając do głównego wątku, zaczęłam dziś zastanawiać się, czy aby Australia by mnie pod tym względem nie zabiła. Moje marzenia mogły dość znacznie legnąć w gruzach, bo przecież nie ma sensu przenosić się do klimatu, który może sprawiać mi problemy. Cóż, najwyżej przeniosę się do Anglii a Australię będę odwiedzać tylko w styczniu (Australian Open, ponownie). Pomarzyć zawsze można :D

Trochę się rozpisałam, uff. Jakoś mi lżej na sercu. Generalnie, doznaję ostatnio małej zmiany myśli, choć jednocześnie zmagam się z tymi samymi problemami, co zwykle (samotność doskwiera :)) Chcę, by wreszcie poprawiła się moja sytuacja psychiczna, ale do tego potrzeba silnej woli i sporo pracy. Mam zamiar się przyłożyć, ale już wiem, po ostatnich próbach, że naginanie moich barier nie za bardzo mi odpowiada. Może powolutku, jedna po drugiej. Muszę się bardziej otworzyć na ludzi, taki cel nr.1. Numerem 2 będzie akceptacja siebie. A może na odwrót? W każdym razie, sezon na pracę nad sobą uważam za rozpoczęty :)

Pozdrawiam wszystkich czytelników, dziękuję, że czytacie moje wypociny :) Zapraszam do komentowania i do usłyszenia :))